- I jakiż teraz los mój?
- Mistrzu mój! Kosmopolito, oto stoję na granicy dwóch światów! Jeżeli głos mej duszy dochodzi do ciebie, ty zadrżysz, boś mi, konając, kłamstwo przepowiedział! Gdzież jest ten świat nadziemski, dla którego w piekło rzuciłem ośmdziesiąt lat mego istnienia?
Światło lampy zbledniało, chłodny i wonny powiew poruszył powietrze i z odległym brzmieniem nadludzkich melodii fale żywego blasku jak pył diamentowy wypełniły całą komnatę.
Alchemik już nie był samotnym.
Tysiączne głosy, łagodne, pełne pociechy, to znów groźne, szydercze, grały wokoło niego. Świat duchów zstąpił do ciemnej pracowni, skoro ją prawdziwa wiara ożywiła.
- Umrzyj! - brzmiał głos z lewej strony - i czegóż się wahasz? Oto ja, śmierć, przychodzę do ciebie. Nie tych strasznych rysów, w które bojaźliwi i bezduszni stroją moją postać, ale patrz! oto wiecznie młoda, blada, lecz piękna, z wieńcem lilii na głowie, w tysiączne strojna powaby czekam na ciebie. Pocałunkiem moim odbiorę ci największe nieszczęście twojej duszy na ziemi - odbiorę ci życie! - Moje żądze nigdy nienasycone, a pocałunek mój upaja rozkoszą! - I czegóż czekasz? - Oto tysiącznym okiem, z tych trucizn bez liku - z tego gazu węgli i ostrza sztyletu, spoglądam na ciebie namiętnie.