Domanowi lice płonęło, wargi się trzęsły, hamował się, milczał, a gdy stary dokończył, rzekł:
- Hej, hej! dawno bo należało na to gniazdo osie iść i nogami je stratować. - Słowo się prędko rzecze, Domanie - zawołał stary - a rękom to nie tak łatwo. Twardo siedzi to gniazdo, do stołba przylepłe.
- A stołb też pono nie duchy stawiły z kamienia, ale ludzie, toteż go ręce ludzkie wywrócić mogą - rzekł Doman.
- Nie mów tak - odezwał się Wisz - o stołba początku nikt nie wie. Stał już za praszczurów naszych. To pewna, że lud, co go stawił, nie nasz był i znikł z tej ziemi.
Doman zmilczał.
- Nam we dwu - dodał stary - nie rozsądzać o tym, ale poczynać coś trzeba gromadą, a dzieci ratować. - Spojrzał na młodego gospodarza, który też oczów jego szukał. - Trzeba rozesłać wici po kmieciach i władykach, a zwołać starszyzny wiec walny. Niech się miry nasze i opola zbiorą, zaczniemy my, pójdą za tym drudzy.
- Wasze słowo za rozkaz stanie - rzekł Doman - niech niosą wici - ano, mówić mi dozwolicie. Kogo wołać i kędy? Wiecie to dobrze, że Chwostek ma swoich i między kmieciami, że Leszki się rozrodziły i poswatały, a jest ich siła, że my nie sami... trzeba więc ostrożnie i cicho wprzód języka dostać, wprzód się może rozsłuchać i obliczyć, nim z garstką wystąpimy, bo nas zduszą.