- Nie inaczej i ja myślałem - odezwał się Wisz. - Wiem ci to dobrze, że nie zbywa Chwostkowi na druhach i że między naszymi też znajdują się z nimi pobratani; ale i to wiem, Domanie, że własny jego ród Leszy niecały z nim będzie. Stryjów zgnębił i w kmiecie obrócił, synowcom powyłupiał oczy, drudzy ze strachu wychylić się z grodzisk nie śmieją. Ci z nami trzymać będą.
- Na wiecu się to obradzi lepiej - odezwał się Doman - zwołujmy wiec. - Nim wici roześlemy - przerwał stary - pojedźmy po dworach nie mówiąc nic, aby języka powziąć. Jedźmy razem, Domanie, i po kmieciach, i po Leszkach.
- Jedźmy, ojcze Wiszu - potwierdził Doman - jam gotów. Spocznijcie u mnie, dalej ja ruszę z wami.
- Jak myślicie? Dokąd? - spytał stary.
- Z kmieci... do starego Piasta - na naradę, ubogi człek, ale mądry... milczy, ale więcej wie od tych, co gadają.
Wisz głową skinął. - A dalej?
- Z Leszków choćby do Miłosza... - mówił Doman. - Tego synowi wyłupił on oczy.
Liczyli tak dwory, gość palec na ustach kładł.
- Krom nas dwu niech o tym nikt nie wie. Jedziemy na łowy.
- Jedźmy na łowy - ludzi waszych zostawicie u mnie, we dwu ruszymy, tak lepiej.
- Tak lepiej - dodał Wisz.
- Gdzież my wiec zwołamy, boć stanie na tym, aby się zebrał, dawno go już nie było - rzekł Doman.