Jak dzień tedy pozrywali się; konie od wczora były zapowiedziane, ludzie, choć im się chciało bardzo jechać razem z panami, musieli zostać w zagrodzie.

Do dworu Leszka Miłosza drogi przez lasy było na dzień cały. W torbach na plecach mieli jadło, w drewnianych, smołą wylanych flaszkach po trosze miodu, konie nawykłe do trzęsawisk i lasów nie lękały się podróży. Doman jechał przodem.

Dla pośpiechu wybrano krótszą drogę, wiodącą przez moczary i gąszcze nieprzebyte. Gdzieniegdzie ogromne stosy drzew wiatrem obalonych, na pół pogniłych, trawami bujnymi porosłych, gałęźmi i korzeniami posplatanych tamowały przejazd, musieli je objeżdżać dokoła; indziej gniłe rzeczułki ze śliskimi brzegi trudno konie przebywały. W ostępach tych, które rzadko człowieka widywały, zwierz nie tak płochliwy zrywał się niemal spod stóp jeźdźców... na drzewach świeciły ogniste żbików ślepia, pod krzakami mruczały niedźwiedzie, stada łosiów i jeleni z ogromnym chrzęstem pierzchały przed nimi. Gęste nawet drzew wierzchołki pełne były ptastwa, gniazd i wiewiórek, które im nad głowami szeleściały...

Wnętrze puszczy tajemnicze, ciemne, straszne, ledwie promienie przepuszczało słoneczne i gdy pod wieczór wydobyli się z tych zapadłych gęstwin na suchszą łąkę, oba raźniej odetchnęli.

  WJKGVYM WQBYXGM WJJQQBM WQVXKYM WQYGJPM