W izbie było duszno nieznośnie, a stary kneź trząsł się z zimna.
- Kneziu Miłoszu - odezwał się Wisz powoli - pozdrawiamy was.
- Ktoś ty taki? - zapytał głos ponury i gruby, jakby z głębin wychodzący. - Kmieć Wisz z sąsiadem Domanem.
Kneź milczał.
- Dozwolicie mówić z sobą?
- Mówić ze mną - począł ten sam głos dziki - ja nie mam nic do ludzi ani oni do mnie! Czego chcecie?
- Rady dobrej - rzekł Wisz.
- Jam jej sobie nie znalazł, drugim też dać nie potrafię, gdzie indziej po to idźcie - odparł kneź.
- Źle się u nas i z nami dzieje - ciągnął stary z wolna, nie zważając na odprawę - wasz i nasz wróg gnębi nas coraz okrutniej.
- Kto?
- Chwostek - rzekł, obelżywego tego nazwiska używając, starzec. Rozśmiał się dziko leżący Miłosz.
- Mnie on już nie uczyni więcej nic - pozbawił mnie dzieci, gdyby wziął nawet życie... nie dbam o nie. Idźcie sobie szukać indziej rady i pomocy.
- I pomsty nie checie? - spytał Wisz. - Wszak ta się wam za dzieci słusznie należy. Zabity jeden, oślepiony drugi, nie została wam na starość pociecha żadna, a ma to zostać bezkarnym?
Kneź milczał długo, aż zerwał się gniewny.
- Precz albo na was spuszczę Maruchę! - zawołał. - Chwost was tu nasłał, żebyście mnie za język ciągnęli... psie syny jakieś... Won... stąd!