Gdy inni miewali nieraz po kilka żon, bo zwyczaj tego nie bronił, Piastun żył z jedną, a żona u niego nie była w tej niewolniczej podległości trzymaną, co u innych. Godzili się też z sobą we wszystkim, tak że lepszego stadła ludzie nie znali.

Pracowano tu od dnia do nocy, a on rzadko w domu siadywał, co jeśli się trafiało, znać, że około roli nie opodal dworu coś miał do czynienia.

Gdy nazajutrz z południa zjawili się tu lasami przedarłszy, nie chcąc być postrzeżeni, Doman i Wisz znaleźli gospodarza właśnie z kobiałką na plecach na drodze do lasu i barci. Wstrzymali więc go na drodze, Wisz z konia zsiadł i pozdrowił.

- My do was - rzekł.

- Zawracajmyż do chaty - odparł Piastun.

- Albo lepiej siądźmy gdzie pod drzewy, na uboczu, bo wasz dwór na oczach, ludzi w nim obcych często bywa wiele, a nam trzeba się naradzić po cichu... Piastun się popatrzał nań zdziwiony, nie przeciwiając się jednak, ręką wskazał bliską polankę w lesie, gdzie szopka była na siano, taka, jakie dawniej po słowiańskich krajach odrynami zwano. Stała ona teraz otworem i chruściane jej ściany półprzezroczyste dozwalały widzieć dokoła, gdyby się kto przybliżał. Wewnątrz para kłód sosnowych u wrót jakby umyślnie leżała, aby na nich przysiąść można.

  WQKXJGM WQXQQVM WQQGGPM WJVYKZM WJXKQGM