Słuchali wszyscy w milczeniu.
- Powinniście się cieszyć z tego - mówił Znosek - potem wszyscy kneziowie jak się wezmą za ręce, to dopiero ład będzie u nas!... Teraz zbiorą się lada żupankowie i na gród się cisną, a pięściami nam grożą pod nos... bo wiedzą, że knezie z sobą się waśnią... Później już tego nie zobaczymy!
Mrugnął bystro oczyma i rozśmiał się. Drudzy milczeli, gdy z podwórza głos się dał słyszeć. Wszyscy zwrócili głowy ku wnijściu. W progu stał człowiek siermięgą czarną odziany, w czapce czarnej, z kijem w ręku, oczyma jakby obłąkanymi patrzał we wnętrze chaty, liczył nimi tych, co w niej byli. Wzrok jego zatrzymał się na Znosku i usta, które miał otworzyć, zamknęły się. Nie powstawszy nawet nikogo zawrócił się od progu, odszedł i usiadł na przyzbie.
- Ten mnie tylko zobaczył - rozśmiał się karzeł - i ochota mu od gościny i od mowy odpadła.
To mówiąc dopił piwa, kubek postawił, wstał i stanąwszy pośrodku izby rzekł w boki się biorąc:
- Wisz i Doman!! Wisz i Doman!... - Znacie mnie? - zapytał stary Wisz.
- Ja?... naokół o dziesięć dni drogi znam wszystkich - rzekł Znosek - nawet psy podwórzowe po imieniu... a jak bym kmieciów znać nie miał?... Tamten, co z progu zszedł, to stary Ziemba... nieprawdaż? Nawet wiem, z czym przychodzi i co mu gębę zamknęło... Syn jego miał na grodzie przypadek... Sczepili się z Sławojem przy uczcie i pozarzynali... Potemeśmy go puścili na jezioro, żeby się otrzeźwił, ale wody się nadto opił i... zdechł...