Stary spokojnie wysłuchał syna, a gdy już chciał odchodzić, dał mu znak, aby się zatrzymał. Jaga z kądzielą wyniosła się do komory.
- Ludek - rzekł Wisz po cichu do syna - postanowiono między nami, aby wici wysłać po mirze i na wiec zwołać starszyznę na dzień przed Kupałą, w horodyszcze na Żmijowym uroczysku. Ślij ty, jedź sam... czyń, jak chcesz, dajęć wolę, ale pośpiechu trzeba.
- Pojadę sam - rzekł syn - wola wasza... kogo mam słać, komu zawierzyć, najlepiej sobie.
Lecz głowę spuścił smutnie. Stary popatrzał nań i zadumał się także.
- Co będzie, to będzie, jechać trzeba i zieloną wić nieść od dworu do dworu. Krótka, ponura rozmowa tajemnicza na tym się skończyła
Nazajutrz, gdy się Wisz przebudził, już syna w domu nie było.
Dni kilka upłynęło bez wieści, a życie zwykłym się trybem ciągnęło; w głębi tych lasów rzadki był gość i przechodzień. Wisz po dniu upalnym spoczywał za zagrodą pod dębami leżąc na ziemi psy mając przy sobie, gdy jeden z nich, podniósłszy się nagle, skoczył w stronę rzeki i wietrzyć coś począł niespokojny. Zwierza albo obcego człowieka pewnie by inaczej witał; zdumiał się stary widząc, jak psisko radośnie ogonem kręciło, jak gdyby znajomego czuło w pobliżu. Nikogo jednak widać jeszcze nie było, Zabiegłszy w łozy podwórzowy kilka razy szczeknął radośnie, jakby się łasił do kogo. Wisz podniósł się z ziemi, spojrzał i zobaczył ostrożnie gałęzie rozgartującego, tego, kogo się najmniej spodziewał, Sambora. Stał w zaroślach chłopak, jakby zbliżyć się nie śmiejąc, dopiero starego gospodarza ujrzawszy, szybko począł podchodzić ku niemu.