Doszli do wrót, gdy w nich spotkał się Wisz ze starszym synem co wici woził i właśnie z powrotem przybywał. Jego też już na drodze doszła była wieść o tym, co się na drodze u Gopła przysposabiało, zdał więc wici innemu i do ojca pośpieszył. Przytomność Sambora uwalniała go od przynoszenia złej wieści.

- Dziś tu jeszcze nie będą pewnie - odezwał się stary do swoich - jest czas przez noc myśleć, co z sobą czynić, i do świtu się przysposobić. Zwołać parobków, zatrąbić na pastuchy... Sambor skoczy po ludzi na Rybaki i Bondarze... Kto oszczep dźwignie, niech przybywa. Żagiew zapaloną miasto wici wziąć... i... żywo...

Zamiast strachu Wisz zdawał się pokrzepiony tą myślą, że jeszcze walczyć będzie i do otwartej stanie bójki. Parobcy i synowie, kto żył, rwali się do broni biegnąc po osadników.

Niewiasty wszystkie wyszły z szop i chałup zawodząc żałośnie, ręce łamiąc i płacząc. Strach je ogarniał. Jęki te Wiszowi serce miękczyły, nakazał milczenie, ucichło wszystko... Dziwa stała na przedzie z Jagą.

- Wy w las z dziećmi! - zawołał stary - tu nie jesteście potrzebne. W las ich prowadź, Dziwa. Wrócicie, gdy albo umarłych grzebać, lub pokaleczonych obwiązywać będzie trzeba.

Znikły posłuszne niewiasty.

  WQKQVZM WQVXQJM WQYVYXM WQBBZZM WJJQPKM