W całym obejściu ruch powstał ogromny. Stary sam przewodził.
W chacie Dziwa, najprzytomniejsza ze wszystkich, resztą niewiast rozporządzała, żywność zbierano gotując się do drogi.
W tę stronę, od której napaść musiała przybywać, wyprawiono małego chłopca na podjezdku, aby dawał znać przodem, gdy o drużynie kneziowskiej zasłyszy. Noc wśród tych przygotowań nadchodziła szybko, a nawet do ziemi ucho przyłożywszy najmniejszego tętentu słychać nie było. Tymczasem spodziewano się ludzi z Rybaków i osad na posiłek.
Dziwa z całym obozem niewieścim, z dziećmi i sługami gotowa była w las ruszyć na pierwsze skinienie i wieść o niebezpieczeństwie.
Nikt tej nocy o śnie nie pomyślał, psy wyły niespokojnie. Na próżno starano się je uciszyć, przypadały na chwilę i wnet na nowo żałobne to zawodzenie, które za złą wróżbę uważano, rozpoczynały.
Nad rankiem gromadka parobków ściągnęła z osad nad rzeką i z lasu - lud zdziczały i nędzny, nie wyglądający wojowniczo.
Dzień robić się zaczynał, gdy chłopak wysłany na czaty, konia co tchu pędząc, nadbiegł wołając:
- Jadą! Jadą!!
Zsunąwszy się z konia padł dysząc na ziemię. W zagrodzie ruszyło się wszystko, stary swoich ludzi rozstawił tak, aby ich widać nie było ani przygotowań do obrony.
Chata widziana z dala przybrała pozór swój codzienny, ale parobcy ukryci za tynami, po szopach, na ziemi leżący, gotowi byli skoczyć na pierwsze pana skinienie.
Stary, żadnej broni nie wziąwszy, boso, w koszuli i na ramiona tylko narzuconej siermiędze, z odkrytą głowi u wrót stanął.
Z dala już coś tętnieć zaczynało, rozeznać było można jadącą liczni konną gromadę, a wkrótce głosy, śmiechy jej i nawoływania.
Około zagrody cisza panowała, bocian tylko klekotał na gnieździe gospodarząc, jakby i on chciał oznajmić o jakimś niebezpieczeństwie.
Nagle z zarośli ukazała się czapka smerdy i dzidy kilku jezdnych tuż za nim. Spodziewano się znać zastać zagrodę nie przygotowani i byli bardzo wesołej myśli.