Parobcy Wiszowi, którym pilno było wziąć się za bary z napastnikami, poczęli się cisnąć i przeć do wrót, do których z drugiej strony smerda się dobijał ze swoimi. Stary Wisz pozostał w pośrodku tej kupy cofnąć się nie mogąc. Płot i wrota trzeszczały od nacisku łamiąc się kawałami.
Starszy syn gospodarza, Ludek, zasłaniając ojca, ciął po łbie smerdę i czapkę mu rozpłatawszy, głowę rozkrwawił, ale razem prawie dzida, którą kneziowski sługa w ręku trzymał, utkwiła w piersi starego Wisza... koszula jego zaczerwieniła się krwią, która buchnęła z rany. Stary ręką drżącą pochwycił pocisk, tkwiący już w nim, i zdruzgotał go jeszcze... ale żeleźce i kawał drzewa zostało w ranie. Wisz posłonił się z krzykiem i padł na ręce syna.
Na widok trupa tego, gdyż stary z jękiem wyzionął ducha, wszystko, co żyło, rzuciło się jak wściekłe na ludzi grodowych. Walka rozpoczęła się nie na łuki i proce, ale na pięści i zęby, chwytali się za barki i walili na ziemię.
Z tyłów wdarli się na ten hałas ci, co zagrodę obstawić mieli, i wmieszali się niespodzianie, popłoch rzucając chwilowy na gromadkę obrońców.
Trwoga trwała tylko chwilę, zwrócili się stojący w podwórzu ku napastnikom i zwarli, drudzy u wrót, z zaciętością walcząc na swoich śmieciskach, odpierali kupkę smerdowych ludzi. Widok leżących na ziemi we krwi zwłok starego Wisza zajadłość powiększał.