Liczba z obu stron prawie równą była... Za starca, który padł, kilku smerdzie zabito, sam on ranny, gdy mu oczy krwią zapływały, ustąpić musiał i począł wołać na swoich, aby się cofali.
Co pozostało grodowych pachołków, wyparło się z podwórza, kupiąc około dowódcy i z nim razem ustępując ku brzegowi rzeki. Wiszowi dali im odejść, zostając przy bronionej zagrodzie, ścigając ich tylko łajaniem i krzykami.
Obie strony dosyć miały tej walki krwawej.
Znad brzegu rzeczki podnosiły się tylko głosy i wrzawa, której od wrót odpowiadano.
Psie syny! Niewolniki! Raby!
- Gady! Żmije!...
Podobnymi wyrazy ciskano na siebie z obu stron długo, grożąc z jednej pięściami, z drugiej oszczepy podnosząc w górę...
- Chodźcie tu! - wołali jedni.
- Zbliżcie się! - odpowiadali drudzy.
Tymczasem w krzakach nad rzeką smerdzie obmywano i obwiązywano głowę, a synowie ciało ojca podniósłszy, nieśli je złożyć w izbie na posłaniu... nieśli i płakali, a krzyczeli...
Nikt walki na nowo rozpoczynać nie myślał. Głosy ucichały powoli. Widocznym było, że smerda ze swoimi ustąpi i zaniecha dalszej napaści. W istocie smerdzie dostatecznym się zdawało, że winowajca zginął, a ani on, ani ludzie jego nie chcieli życia stawić nie czując się silniejszymi.