- Młodszą wam dam...
- Starszą chcę albo żadnej.
- Nie mogę! - odezwał się stanowczo Ludek.
Doman wsiał z siedzenia, swoim obyczajem liść znowu urwał, na ustach go położył i kilka kroków odszedł.
Ojciec wasz byłby mi ją dał - zawołał prawie gniewnie.
- Nigdy...
- Chcecie mnie mieć z wami i za wami? Stanę... ale ją muszę mieć, a nie to nie...
Ludkowi się brew namarszczyła i drgnął, niecierpliwie powtarzając: - A nie, to nie!
- Więc nie! - wybuchnął porywczo Doman - wolicie we mnie mieć wroga niż brata?
- Kupić was nie mogę, obejść się muszę... - rzekł Ludek zimno. Chłopak się rzucił w tył, cały drżąc z gniewu.
- Ludku, bracie! Źle czynicie, mówię wam! Dla dziewki ojca w mogile pocieszyć nie chcecie utoczoną krwią... Hejże! hej!...
- Słowom rzekł - mruknął Ludek - nie mogę...
- Druhów wam teraz trzeba, a nieprzyjaciół sobie robicie! - szydersko dodał Doman - rozumu nie macie...
Spojrzeli sobie w oczy; Ludek się hamując powtórzył raz jeszcze: - Nie mogę...
Doman się zerwał już iść.
- Nie zechcecie dać po dobrej woli, to ją kiedyś wezmę siłą... - A my siłą będziem bronić...
A no!
- A no!
Ostatnich słów domawiając zaczęli się cofać od siebie, ciągle sobie patrząc w oczy. Rąk już sobie nie podawali. Młodszy brat stał milczący za Ludkiem, który dlań teraz ojca zastępował.