ROZDZIAŁ 10
Żmijowe uroczysko leżało otoczone borami...
Żmijowe uroczysko leżało otoczone borami dokoła jakby zapomniane od wieków, żadna doń nie wiodła drożyna. Moczary i trzęsawiska ze trzech stron je otaczały prawie nieprzebyte. Z prawej tylko wąski klin ziemi twardszej przystęp do niego otwierał. Niegdyś przed wieki, gdy narody wędrując pierwszy raz się osiedlały na nieznanej ziemi, tu być musiały pierwsze gromad obozowiska.
Tu się potem na pamięć ową zbierały starszyzny dla narady. Horodyszcze opasane było niskim, wklęsłym już w ziemię wałem zielonym. W środku opuszczona dawno stała z dachu prawie odarta szopa, której słupy się chyliły w różne strony.
W ścianach brakło opadłego i zgniłego na ziemi płota. Oprócz tego szczątka budowli sczerniałego na horodyszczu nie było nic: ani drzewa, ani kamienia, pokrywała je darń, skąpe zioła i stare kretowiny. Okolica, jak miejsce, była smutną. Jak sięgnąć okiem, widnokrąg opasywały lasy czarne. Z dala na prawo małe jeziorko leżało na pół trzcinami zarosłe, w lewo gdzieniegdzie ukazywała się z błota rzeczułka gniła, płynąca trzęsawiskami nieprzebytymi. Płaczliwe głosy czajek głuszyły śpiew leśnego ptastwa. Niespokojne, zwijały się tu nad niezliczonymi gniazdami swymi, jakby od nich nieprzyjaciela odpędzać chciały.