Dokoła korę obsiadły zielone mchy jak aksamit świecące, porosty żółte, nawet trawy blade, które się na przegniłych pasożytach czepiały.

Nie rozdeniało jeszcze dobrze, gdy się szelest dał słyszeć w pobliskiej gęstwinie. Ostrożnie coś się pod dębem prześliznęło, przycupnęło, rozsłuchało i gdy wszystko milczało dokoła, z ziemi się podniósł człowiek mały, w szarej guni, z głową okrągłą, postrzyżoną, z oczyma świecącymi, z usty szeroko rozciętymi, w których zęby maleńkie widniały. Obejrzał się raz jeszcze, posłuchał, rękami objął dąb, nogami się go uczepił i ze zręcznością dzikiego zwierzęcia począł się drapać ku górze. Niekiedy nastawiał ucha, to znów z pośpiechem wielkim lazł ku dziupli spoglądając ku niej niespokojnie. Był to Znosek.

Drapanie się mimo chropawej dębu powierzchni prędkim nie było.

Drzewo grube łatwo się objąć nie dawało, mchy go śliskim czyniły, parę razy osunął się człowieczek i ledwie paznokcie zapuściwszy w korę utrzymać potrafił, ale wnet z nowym sił wytężeniem piął się znowu do góry.

Już prawie miał dosiąc otworu, gdy nagle jakiś szmer dał mu się słyszeć we wnętrzu.

Z dziupli ukazała się głowa szara z najeżonym włosem, do kociej podobna, z oczyma żółtymi, z zębami białymi, z wąsami długimi, prychnęła groźno, kłapnęła szczękami i zwierz wprost rzucił się na głowę człowieka.

  WQJJQGM WQYPBYM WQVGVJM WJQYXGM WQBKQQM