Po chwili spuścił się do dziupli i - zniknął, szelest tylko, jakby liści suchych, na dnie jej słychać było, później głowa wysunęła się ponad skraje, dwie ręce obok niej oparły na brzegach, patrzał. Szerokie usta mięsiste otworzył, białe zęby świeciły jak u żbika. Syczał z bólu i śmiał się.

Z lasu coraz wyraźniej zbliżający się szmer słychać było, a w dziupli szybkie skrobanie paznokciami, aż póki w spróchniałej korze nie przewierciły otworu, przez który oko bezpiecznie niepostrzeżone wyglądać mogło. Drugi otwór wydrapał obok niego i w nim zaświeciło oko drugie... Patrzały teraz oba... Naprzeciw zza gałęzi widać było horodyszcze i drogę wiodącą ku niemu.

Skryty w dziupli mógł stąd policzyć idących i dojrzeć twarze każdego. Właśnie w tę stronę źrenice chciwie wymierzył, gdy gałęzie łamać się poczęły i konno jadący mężyzczna, którego kilku innych otaczało, ukazał się w niewielkim oddaleniu. Jechał na siwym spasłym koniu z długą grzywą, okrytym skórą, zamyślony, koniowi dając iść powoli - z oczów, które przed się wlepił, znać było, iż patrzał nie widząc. Postać była spokojna, poważna i piękna, człowiek już sędziwy z brodą długą, białą i włosami na ramionach powiewającymi. Na głowie miał kołpak z niedźwiedziej paszczęki, której białe zęby nad czołem mu sterczały. Zwierz zdawał się grozić każdemu, kto by się śmiał zbliżyć wrogo. W ręku trzymał na kiju, pstro wyrobionym i jakby białą obwiedzionym wstęgą, obuszek kamienny świecący, wyrobiony sztucznie, który wiązanie z łyka plecione umocowywało. Od szyi obręcz miedziany z kilku kół złożony spadał mu na piersi i okrywał je jak zbroja. Jadący za nim w pewnym oddaleniu sługami być musieli, trzymali się patrząc skinienia i rozkazu; tylko jeden młodzian, z głową podniesioną, u boku jego stał, a miał uzbrojenie do tamtego podobne.

  WQZYGBM WQKVZPM WQGZBPM WJQQPBM WJJBVBM