Przybyli pozdrawiali się dniem wiecowym, ale twarzami smutnymi. Ze trzech liczba ich rosła do dziesięciu, do pół kopy... do soroka... do setki... Wszyscy jeszcze stali poza horodyszczem, gdy Ludek, syn Wiszów, nadjechał.

Zsiadłszy z konia przystąpił z pozdrowieniem do gromady i krwawą koszulę a siermięgę czarnymi plamami zbroczoną rzucił pomiędzy stojących nie mówiąc słowa. Rękami tylko wskazał na nie. Oczy wszystkich zwróciły się na odzież zabitego, ręce zadrgały, czoła się pofałdowały.

Z pięściami zaciśniętymi otoczyli lice gwałtu.

Później szmer przebiegł po gromadzie głuchy i urósł we wrzawę, wśród której rozeznać tylko było można nawoływania o pomstę krwawą. Gdy się to działo, Doman odstąpił precz i milczał. Zatem ruszyła się starszyzna i ciągnęli z wolna ku horodyszczu. Ludek z ziemi podniósł odzież ojca, zarzucił ją na ramiona i szedł za nimi. Tak uroczystym pochodem, na czele mając siwych, weszli na uroczysko i pod chwiejącą się szopę. Tu, nic nie mówiąc, każdy na ziemi zajął miejsce swoje, broń składając przed sobą.

Drudzy opóźnieni nadjeżdżali jeszcze. Szerokim kołem rozsiadła się rada, sparli na rękach i dumali - wielu brakło. Innym z oczów patrzało dziwnie, jakby słowa jeszcze nie rzekłszy już do sporu byli gotowi.

  WQGZXXM WQQBZKM WQZVBKM WJXBJPM WJVVYPM