Zaczęto mruczeć, czarny mówił dalej:
- Że się z Niemcami braci, a co złego, kiedy nam to pokój kupuje? Mruczenie rosło coraz, aż zgłuszyło mówiącego, ale drudzy widocznie za nim obstawali.
- Kneź musi być - zawołał Boimir - ano... będzie! Kto przeczy? Inaczej by się od Niemca nie ostało... Niosą się oni do nas z mieczem i z wiarą swą, z namowy i z groźby... a oręż mają dobry i siłę wielką... i swoich kneziów, co lud prowadzą jak parobek woły w pługu... Nie obronim się im samopas idąc... Kneziów trzeba! Niech będą! Ale nie Chwostków, nie tego rodu Popiołowego, co już zapomniał, skąd wyszedł!...
- Nie!... Nie!... - zawołano z jednej strony.
Ale z drugiej się burzyło. Niektórzy wstawali i oczyma się mierzyli, policzyć już było można tych, co szli za i przeciw. A z piersi buchało jedno "nie" - przeciw drugiemu.
- Precz z Chwościskiem! - wołali niektórzy. - Precz z Chwostem... Drudzy wrzawę podnosili, aby tamto wołanie zgłuszyć.
Całą gromadą siedzieli poza Boimirem rozrodzeni Mieszkowie, których Myszami i Myszkami zwano, bo wielu z nich to imię nosiło... ci się podnieśli, najgłośniej wołając:
- Precz z nim!
- Nie co czynić zostało, tylko iść i to plugastwo w gnieździe wydusić - krzyczeli.
- Lekko rzec - rzekł inny - a niełatwo tego dokazać. Daliśmy się im rozsiąść, rozrodzić, zmóc, uzbroić, powąchać z Niemcy, żony od nich potajemnie brać; namawiać się z nimi... dziś, byle skinęli, bronić ich będą. Ziemię nam zniszczą gorzej od Chwościska... ludzi w niewolę nabiorą. Lepiej cierpieć swojego, co męczy, niż cudzego, co wypleni nas, a sam posiędzie tę ziemię, na której popioły ojców leżą... Zamiast się rzucać nań, iść trzeba do Chwosta i powiedzieć mu w oczy...