- Nieprawda - rzekł Boimir - cierpieliśmy, obraliśmy sami, słuchali i karmili, aż oszalał... Słyszeliście, co tam za biesiady krwawe wyprawia, jak swoich krewniaków dusi... kmieciom już wielu dwory pozabierano, dziewki, chłopców, dobytki... a gdzież nasza stara swoboda? Gdzie obyczaj dawny?...
Spierano się tak ciągle. Myszki potrząsali obuchami nad głowy i pięści ściskając powtarzali:
- Iść na to gniazdo plugawe i wydusić... - Iść! Iść! - huczano.
Niektórzy ruszali się z miejsc, jak gdyby natychmiast spełnić to chcieli, ale wielka część stała oporem.
Liczono się oczyma. Myszkowie przemagali; druhy więc kneziowe odsunęli się w ostrożnym milczeniu. Rudan pozostał z małą garstką, która, brody gryząc i oczyma rzucając, siedziała na ziemi milcząca, do niczego się mieszać nie chcąc. Pojedynczo przystępowali do nich niektórzy, usiłując przekonać, ale ci spojrzeć nie chcieli i mówić nie byli radzi.
Gwar i wrzawa nie ustawały, bo nie dosyć było powiedzieć: iść - trzeba było obmyślić, z kim, jak, kiedy, a gród Chwostków był warowny, wałem i częstokołem otoczony, oblany w części jeziorem, zaopatrzony ku obronie, w ludzi obfity. Na Niemców też skinąć stamtąd mogli, aby im w pomoc szli... a wówczas z Myszków i ich druhów nie zostałoby jednej głowy.