Słońce się podniosło wysoko, minęło południe, na uroczysku z poschłymi usty starszyzna radziła, nic nie mogąc uradzić ani się zgodzić na jedno. Wołanie było wielkie chwilami, tłum to się zbijał w jedną stronę, to w drugą ciskał gromadząc około starszych, co głosy zabierali.

Opodal od horodyszcza czeladź stała z końmi czekając, pasiono je popętawszy na skraju łąki pod lasem; młodzież, parobczaki na ziemi siedzieli i śmiechy a żarty między nimi słychać było.

Do dębu, z którego dwoje oczów patrzało, głosy dolatywały jak fale: to szybsze, to silniejsze, widać było, jak podnoszono ręce, grożono pięściami, rwano się i rozchodzono... Jeden to drugi stawał na wyższym brzegu wału, aby go lepiej słyszano, i stamtąd mówił, gardłował, często na sobie suknię i koszulę rwąc... Groźne wyrazy aż tu dochodziły. Dwoje jasnych oczu ciągle patrzało.

Parobcy, co na łące siedzieli, rozglądali się dokoła. Wtem jeden drugiego potrącił i rzekł:

Zyrun! patrz ino na stary dąb... na stary dąb...

A co w nim? Dziupla sroga...

- Nie widziszże? Pod dziuplą, hen, dwoje oczów w dziurach świeci... jakby żbik patrzał na nas?...

- Nie patrz! To czary... dąb święty... kto wie, jaki duch z niego patrzy... i co jego wzrok może?

  WQYPGQM WQJJKVM WQXKJYM WJZPBGM WJVZVBM