- To nie duch, ino zwierz! Albo żywy człek zaklęty...

- Duchy się tak po dniu nie snują... - odezwał się pierwszy.

Wszystka czeladź oczy na dąb zwróciła, lecz większą część ogarnęła trwoga. - Dąb stary... święty... co by tam w dziurze człek miał robić...

- To zwierz.

- Spłoszyć go!... - krzyknął pierwszy. - Ślepia mu jeszcze świecą... ja je widzę...

To mówiąc chwycił łuk parobczak, naciągnął go i strzała świsnęła w powietrzu... padła w sam otwór dębu, gdzie świeciło oko, zachwiała się - i znikła... Z nią razem i oczy z dziupli patrzeć przestały. Czeladź strwożona siedziała w milczeniu.

- Zwierzaś ubił lub skaleczył - zawołał Zyrun.

- Dobrze by choć skórę zedrzeć z niego - krzyknął, zrywając się chłopak.

- A jeśli ranny tylko i żyw, to ci się z dziupli bronić będzie - poczęli drudzy. Zapalczywy myśliwiec nie słuchał, poskoczył ku dębowi chwyciwszy obuszek do pasa; drudzy się tylko przypatrywali. Jak kot począł się drapać na drzewo przykładając doń ucha Znak dał swoim, że coś w nim słyszy. Ostrożny jednak nie wprost się do dziupli skierował. Kawał starej, grubej, nadłamanej gałęzi chwyciwszy nad nią, uwiesił się na niej i spojrzał w głąb. Patrzał długo nic dojrzeć nie mogąc, choć coraz przybliżał głowę a oczy.

  WJJYZYM WJXPPBM WJGZYQM WQQJQPM WQZXBJM