Uderzył po strunach, milczeli wszyscy... i śpiewał starzec powoli.
- Kiedy Lecha plemienia nie stało, nie stało... swobody się ziemianom zachciało, zachciało... Zachciało się swobody bezpańskiej, wojewodów wybrali dwunastu... Krew to ze krwi wszak naszej, kości z kości... bracia nasi rodzeni ziemianie, niechaj nami rozrządzą, ład sprawią... O Łado! niechaj ziemię szczęśliwą uczynią... O Łado...
Wybrali ich, wybrali dwunastu... Cieszyli się, cieszyli niedługo. Brat rodzony wnet bratu był sługą... Co jednego nad sobą nie chcieli... dwunastu ich wybrali i mieli... Dwunastu... O Łado, o Łado...
Jeden z kadzi rad czerpał i głowę zalewając, pomiatał narodem... Drugi zbierał a dusił w komorze, co ubogim odebrał od gęby... Trzeci jeździł, wyglądał, gdzie dziewki, i córki im podbierał - miód z ula... O Łado! O Ła...do!
I tak byli z dwunastu szczęśliwi, szczęśliwi, że posłali za morze z pokłonem... Oj, posłali szukając wojaka, co by jeden nad wszystkim panował... Kraku, panie a kneziu, wołali, chodź do ziemi, do naszej, rządź nami. I spędzili dwunastu z ich grodów. Znowu kmieci zrobili z wojewodów... A jednego już Kraka słuchali. O Łado! o Łado!...
Gdy się pieśń powolnie nucona skończyła, milczenie panowało, patrzeli niektórzy na starca nie wiedząc, co by to znaczyć miało...