Noc była, gdy rady, ofiary, pieśni i wiec bezowocny się skończył. Powstawała starszyzna, jęli się żegnać wszyscy, ręce sobie dając a wzdychając.
Któż wie? Może do nowego wieca myśli zebrać chciano?...
Konie z pastwisk czeladź przyprowadziła, posiadali na nie i jechali gromadkami. Każdy w swą stronę... Zostało po cichu szepcących kilkunastu, kilku, potem nikogo. Uroczysko znów było puste i milczące. Gałęźmi dębu wiatr wieczorny potrząsał i ptastwo krzyczało tylko na błotach. Gwiazdy zaczynały mrugać na niebie, lekki powiew wiatru od łąk szedł do rzeki.
Wtem w dziupli zaszeleściało, prychnęło, dwoje rąk chwyciło za kraj kory, głowa się podniosła nad nią i Znosek z pokrwawioną twarzą dobył się ze środka. Nogami i rękami objął pień, ześliznął się powoli na ziemię. Tu padł wyciągnięty jak nieżywy... Dyszał ledwie, wyciągał długo ręce i nogi, jęczał.
Zaszeleściało wśród lasu... drgnął cały; uciekać już nie czas było, po ciężkim chodzie powolnym poznał nowego nieprzyjaciela. Jak nieżywy legł, przylgnięty twarzą do ziemi. Z zarośli powoli, wlokąc się niezgrabnie, wyszedł niedźwiedź. Nosem wodził po ziemi, jakby czego szukał. Słychać było sapanie jego i mruczenie. Żółte oczy pobłyskujące w ciemności skierował ku Znoskowi, który ciągle jak martwy leżał... Ostrożnie gospodarz puszczy podszedł ku niemu i jak pies poczuł go wąchać. Z lekka potrącił go łapą, zamruczał i poszedł dalej. Widać go było zdążającego na pole krokiem ociężałym, podnoszącego czasem pysk i wietrzącego dokoła. Siadał spoczywać, lizał łapę i znowu wlókł się leniwo dalej, gdzieś za żerem czy za przyjacielem, po którym zatęsknił.
Chłopak ujrzawszy go już w pólku zerwał się na nogi i w las rzucił szybko.