- Gdzież się to ona tędy wlecze?...
Zamilkły. Z krzaków na polankę wysunęła się stara baba o kiju, z garnuszkiem na sznurku u pasa, z torbą na plecach, w płachcie na głowie.
Rękę przyłożyła do czoła i patrzała ku nim, potem pociągnęła powietrze, jakby coś poczuła w bliskości, i oczyma dokoła rzucając zobaczyła dziewczęta. Podniosła ręce z kijem do góry i plasnęła.
- Dzień dobry! - zawołała.
- Gdzie to się wleczesz, Jaruho? - spytała Żywia. Baba iść ku nim poczęła.
- A na Kupałę! Jutro Kupały! ho! Ho!... Chłopcy się popiją, poszaleją, to mnie może wezmą za młodą dziewczynę, a niektóry pocałuje!
Baba podskoczyła śmiejąc się, podeszła ku dziewczętom i usiadła przy nich na ziemi.
- Chcecie, bym wam wróżyła? - spytała.
Siostry obie milczały, baba im po twarzach patrzała.
- Z takich liczek wróżyć łatwo - mówiła, śmiejąc się dziwacznie i przekręcając głowę - o! o! śliczneż lica, kwitną jak lilije... I jam też je kiedyś miała takie białe i różowe... słońce lilije popaliło, deszcze krasę popłukały... a nie deszcze, łzy to były... łzy!
I kiwała głową wyciągając rękę ku Dziwie. - Daj no dłoń, powróżę.
Niechętnie wyciągnęła ku niej rękę dziewczyna. Jaruha pilnie wpatrywać się z nią zaczęła.