- Po co tu obcego, Niemca wiedziecie? - szepnęła wylękła. - Możnaż to wiedzieć, co on z sobą niesie? Jakie on uroki rzucić może?
- Ten ci to sam, Hengo znad Łaby, co to naszyjniki przywoził i szpilki, i noże... przecie się nam nic nie stało... Nie ma się go co obawiać, bo kto za zyskiem goni, temu czary nie w głowie.
- Źle mówicie, stary mój - odparła Wiszowa - gorsi to ludzie od tych, co z nożami i maczugami napadają. Ano wola twoja, nie moja...
I szybko ustąpiła mrucząc, nie oglądając się już za siebie, aż weszła do dworu wewnątrz zagrody. A że na inne niewiasty w podwórku po kątach poprzytulane skinęła, pierzchnęły wszystkie, chowając się, gdzie która mogła. Parobków tylko kilku i dwu synów gospodarza zostało.
Hengo wszedł rozglądając się trwożliwie, choć męstwem nadrabiał.
Chłopak jego z konia nie złażąc z nim wjechał w podwórze. Ludzie wszyscy stali patrząc na nich ciekawie i szemrząc między sobą.
Wisz prowadził do świetlicy.
Chata w zrąb na mech budowana, stara - w pośrodku się wznosiła, wyżej nad inne szopy - drzwi do niej wiodły z progiem wysokim, ale obyczajem starym bez zamka żadnego, bo ich nigdy nie zawierano. Z sieni w lewo była izba wielka. Toki w niej ubity gładko, posypany był zielem świeżym, w głębi ognisko z kamieni stało, na którym nigdy ogień nie gasnął. Dym się dobywał z niego przez nieszczelny dach ku górze.. Ściany i belki, i wszystko szkliło się od niego czarno. Dokoła przy ścianach ławy na pniach były przymocowane... W rogu stał duży stół, a za nim dzieża do mieszania chleba, białym płótnem okryta...