Jaruha, mówiąc, rozwinęła swoją sakwę i poczęła w niej szukać czegoś. Było tam mnóstwo w płachty powiązanych ziół, kamyków, nasion i korzonków. Baba się znała na chorobach i lekach, zamawiała, odczyniała, wiązała i rozwiązywała... Tym razem jednak nie szukała lekarstwa, miała jeszcze kawałek suchego kołacza, znalazła go, przyprószony był pyłem, otrzęsła go, opatrzyła i z koszyka grzybów od dziewcząt wzięła sobie syrojeszkę zaczynając się posilać w milczeniu.
Dziwa koszyk jej podsunęła, Jaruha jadła chciwie.
- Chodź z nami do chaty, ciepłej strawy ci damy.
- Nie mogę - zamruczała stara - nogi bolą, a na pole, gdzie ognie palić będą i gdzie moje chłopcy przyjdą, daleko... daleko... w biały dzień to nic, ale nocką iść, a z głodnym wilkiem się spotkać albo, gorzej, z wilkołakiem... Pokręciła głową.
- A na Kupale ja muszę być... Raz do roku młodość mi powraca... tak na to długo czekać trzeba...
Zaczęta coś nucić i przerwała. Syrojeszki wybrawszy z koszyka otarła usta i uśmiechnęła się do dziewcząt.
- Dobrzeście mnie posiliły...
Gdy to mówiła, niespokojnym okiem rzuciła wkoło nagle. - Kogoś czuję, obcy jakiś!...
Jak zwierz wietrzyć poczęła i oczy obracać. W istocie o kilka kroków od nich stał z zakrwawionym okiem i głową wychodzący z lasu Znosek. Na widok jego dziewczęta się przestraszone porwały, Jaruha popatrzała tylko.