- E! - rzekła - nie macie się czego bać... to znajomy! Ale gdzieś musiał po miodzie przez las wędrować, gałąź mu oko wybiła i głowę sobie pokrwawił. - Jaruho! - krzyknął z dala karzeł - ratuj mnie, a daj ziele.
Widząc pokaleczonego, dziewczęta zamiast uciekać przyzostały, trochę za drzewo się zasunąwszy.
- Chodź tu, zobaczymy!... - mruczała stara.
Znosek się zwlókł, ręką wciąż trzymając oko, a raczej miejsce, z którego ono wypłynęło, doszedł tylko do drzewa, przy którym siedziała stara, i padł na ziemię. Zapominając o wszystkim Jaruha ręce wyciągnęła ku jego głowie i poczęła ją macać.
- A coś to się ze żbikiem całował? - zapytała - po co ci było takiego przyjaciela szukać?
Ręką podniosła mu brodę do góry i odsłoniła oko.
- A oko... oko ci strzałą wybito! Człowiecze! - krzyknęła - gdzieś ty był na biesiadzie! Dobrzeż cię tam przyjmowali! Popamiętasz całe życie...
Zaczęła się śmiać dziwnie i poszła znowu do worka po zioła.
Żywia ulitowawszy się chwyciła biały swój fartuszek i spojrzawszy na starą oddarła z niego pas, aby mu było czym obwiązać głowę. Podała go milcząc starej.
Jaruha wzięła płótno w ręce i ziela narwała tuż przy sobie, ale się ociągała z poratowaniem biedaka, który ręką wciąż oko tulił i zęby ścinając syczał.