Wtem Hengo zdjął z ławy dwa chrzęszczące naramienniki i podniósł je do góry.

- Staremu Wiszowi by się to zdało - zawołał - i przystało.

- Po co? - rzekł gospodarz - chyba, aby mi synowie włożyli do mogiły... Na wojnę iść już nie myślę, na to są chłopcy dorosłe, a doma - co mi po tym? - Rzekliście: do mogiły - odezwał się Hengo - niech was bogowie długo chowają - ano i do grobu to wziąć nie szkodzi... wszak ci u was zwyczajem, że na stos się ubiera i zbroi, jak takiemu bogatemu kmieciowi przystało.

Stary ręką zamachnął w powietrzu.

- Co mi tam! - rzekł - chcieć i brać łatwo, ale co dać za to? Nie bardzośmy zapaśni.

- Jużci choć bursztyn i skóry macie, bo wam tu do morza bliżej, a i w ziemi go tu kopiecie...

Wisz patrzał na drzwi, skąd się powrotu synów spodziewał. Ukazali się też wkrótce oba, jeden dźwigając wór duży, drugi na plecach niosąc pęk spory skór różnych, powiązanych pyskami. Rozłożono je na ziemi, Niemiec chciwie w worku grzebać się zaczął, aż mu oczy błyszczały. Wydobywał po jednemu bryły mułem i ziemią okryte, gdzieniegdzie jasnymi obłamy połyskujące... W tych zdawał się świecić jakby zamknięty płyn jakiś, który stężał i zmarzł na kamień. Skóry też zwierza zabitego zimą włosem świeciły lśniącym, a gdy Niemiec palcami ich próbować zaczął, nic mu w nich sierści nie pozostawało.

  WQYZBPM WQZYKBM WQJYPZM WJQQXPM WJQBPJM