- Juścić - rzekł - gdyby co złego groziło, prawa gościności bronić mnie każą.
- Jeżeli ja sam siebie od nich obronię - mruknął Wisz. - Pięciu ich, nie tak to straszna rzecz, moi chłopcy powiązaliby ich na skinienie, ale u stołba znajdzie się ich dziesięć razy tyle, gdyby się mścić chcieli.
Szli co prędzej ku zagrodzie.
Smerda kneziowski, jadący przodem, konia zatrzymał, starego poznawszy lub się domyślając gospodarza. On i jego towarzysze mniej się mu jednak niż Niemcowi przypatrywali. Czuli w nim obcego, a obcy dla nich zawsze był dobrym obłowem...
Gdy podeszli, starzec się smerdzie pokłonił, chociaż ten mu nie myślał oddać powitania. Skłonił się i Hengo, ale mu twarz pobladła, czuł, że chciwe oczy wszystkich na niego się skierowały.
- Kogóż to z sobą prowadzicie, stary? - wołał smerda. - Obcy? Skąd? Czterej jezdni wnet go obstąpili dokoła.
- Znad Łaby jestem, przekupień, człek spokojny, nieobcy... - rzekł, nabierając śmiałości trochę, Hengo - nieobcy, bom tu nieraz bywał z towarem... wszędy mnie swobodnie przepuszczano...
- Znamy my tych ludzi spokojnych! - krzyknął śmiejąc się smerda - znamy... Kto wie, na co wypatrujecie drogi po kraju, szukacie brodów po rzekach, zaciosujecie znaki po drzewach... aby potem poprowadzić...