- No, stary gospodarzu - ozwał się smerda - wy to już wiedzieć powinniście, z czym my jedziemy... Należy kneziowi dań...
- A dawnoście ją brali? - mruknął stary.
Myślicie się rachować z nami? Kmieć z kneziem? - rozśmiał się smerda.
- Kneź z kneziem, bo ja tu na tej ziemi kneziem jestem - mówił Wisz. - Ze skóry nas drzecie pod pozorem obrony.
Smerda chciał się śmiać, ale popatrzywszy na starego rychło mu ochota odeszła spowolniał jakoś.
- Pijcie i niech wam tak będzie na zdrowie, jako życzę - dodał stary - a potem o sprawie.
Kneziowski sługa, pomyślawszy, stał się łagodniejszy, czerpakiem piwa z cebra nabrawszy, począł je chciwie żłopać. Towarzysze też jego garnuszkami czerpać jęli, aby ugasić pragnienie. Hengo związany stał u progu. Chwilę trwało przerywane chlipaniem milczenie. Smerda wąsy otarł i zwrócił się do Niemca.
- Gdzie twoje konie i sakwy?
- Znajdą się jutro razem ze mną przed kneziem - rzekł Hengo - proszę was, w pokoju mnie zostawcie.
- Zrobię z tobą, co chcę! - krzyknął smerda.
Wisz chciał bronić obcego, gdy Hengo z rękami związanymi, za sobą sznur wlokąc, szybko podszedł do siedzącego na ławie smerdy, przysunął mu się do ucha, zasłonił dłonią i żywo, długo mu coś szeptać zaczął. Z twarzy nie widać mu było przestrachu... Gdy mówił, z wolna lice kneziowskiego sługi mieniło się, marszczyło, rozjaśniało. Popatrzał z ukosa na Niemca, głową potrząsnął i rzekł do swoich ludzi: