Zobaczywszy starca smerda wstał, idąc ku niemu, skinął i na podwórze z sobą prowadził.
- Od knezia jadę do was i do drugich kmieci i żupanów - rzekł - kneź was pozdrawia uprzejmie.
Stary skłonił głowę i po siwych włosach powiódł zafrasowany pomarszczoną dłonią.
- Pozdrowienie łaskawe - rzekł - ano, na tym nie koniec. Kiedy zdrowia życzy, pewnie czego żąda, inaczej by o kmieciu nie wspomniał.
Smerda brwiami ruszył.
- Ludzi nam bardzo, bardzo brak - rzekł - jednego ze swoich dać musicie do kneziowskiej drużyny. Wszak ci to ona was i ziemi broni.
- Cóż to? Na wojnę myślicie? - rzekł Wisz.
- My jej nie wydamy nikomu, ale na grodzie ludzie muszą być w pogotowiu, do obrony - mówił smerda. - Dwóch nam zmarło z zarazy, jednego zwierz rozdarł w lesie, a kneź też ubił jednego, trzeba nam ludzi... U nas się źle nie dzieje... Głodu nie mają, jedzą razem ze psy kneziowskimi, a po całych dniach na brzuchach się wylegają. I piwa się im nie skąpi. Przyjdzie wyprawa, z łupu się co dostanie.
- Albo się pójdzie w niewolę - dodał Wisz.
- Jeżeli nie dwu, jednego musicie dać - zakończył smerda. - A jak żadnego? - zapytał Wisz.
Smerda się zamyślił.
-- To was na sznurze powlokę do grodu - rzekł smerda. - Chociem kmieć wolny? - spytał gospodarz spokojnie. - Mnie co do tego! Kneź przykazał.