- Tak, tak! - zawołał Wisz zadumany patrząc w ziemię. - Wziął się obyczaj taki. Patrzcie tylko, żeby was kiedy kmiecie na postronkach nie ciągnęli, jak się im naprzykrzy.
Zmilczał posłaniec.
- Nie przeciwcie się - szepnął po cichu. - Kneź tymi dniami zły bardzo... przez sen, gdy w podsieni zadrzemie, zgrzyta zębami i jak wilk człapie. Na kmieciów się odgraża bardzo. Zamiast dwu dajcie mi jednego człowieka - i skórę na kożuch, bo mi się mój dobry podarł na usługach.
Zamyślony stał gospodarz długo w podwórzu, skinął potem na smerdę, by z nim szedł; wrócili do chaty. Na ławie siadł stary, kij między nogi wziąwszy, sparł ręce na nim i po chłopcach swoich poglądał, jakby szukał ofiary.
- Hej, Sambor - odezwał się do stojącego z tyłu za gromadką, śmiejącego się z dworakami chłopaka. - Sambor, chodź tu!
Przywołany tym imieniem parobczak wyprostował się i podszedł.
- Tobie w polu nie bardzo się chce robić, a koło domu też nie lepiej - rzekł do niego - więcej leżysz i śpiewasz, niż pracujesz. Ty byś się zdał do lekkiego chleba, przypasawszy mieczyk drugich ganiać i piórko za czapkę wetknąwszy popisywać się urodą. Ty na kneziowski dwór pójdziesz z ochotą?
Nagle zagadnięty parobczak, choć mu się niedawno twarz śmiała, posmutniał, nagle.