Oczyma niespokojnymi potoczył dokoła - zobaczył, jak mu się smerda przypatrywał ciekawie, ogarnęła go trwoga i padł przed starym na kolana.
- Ej! ojcze panie, po cóż mnie w niewolę dajecie? - krzyknął.
- Co za niewola - przerwał smerda - będziesz wojakiem. U knezia lepiej niż tu, a jak się spodobasz panu, kto wie, co będzie z ciebie.
WIsz po schylonej jego głowie ręką pogładził.
- Musi jeden iść za wszystkich - rzekł - na ciebie kolej, Sambor.
Stara Jaga opodal stojąca ręce załamała, bo choć parobczak synem jej nie był, ale się w chacie wychował i jak dziecko własne go kochano.
Drudzy parobcy, tym oznajmieniem strwożeni, cofnęli się w głąb - opuściła ich wesołość. A tuż i smerda dłoń szeroką na ramieniu Samborowi położył, jakby go brał w posiadanie.
- Pójdziesz z nami - rzekł.
Podniósłszy oczy parobczak spotkał wejrzenie Wisza, skierowane ku niemu - które doń coś mówiło, coś, co oni tylko dwaj rozumieli.
Sambor się uspokoił i wstał, smutny jeszcze, ale milczący, nie narzekając już na losy swoje.
Kto by się wsłuchał był w głosy, które wewnątrz chaty się ozwały, gdy Jaga wyszła załamawszy ręce, domyśliłby się, że tam niewiasty za Samborem zawodzić musiały. Nikt jednak nie śmiał ozwać się głośniej, aby obcy nie posłyszeli głosów niewieścich i nie domyślili, że się od nich pochowały. Dano jeść przybyłemu smerdzie i ludziom jego, a piwo z cebrów dokończywszy wszyscy poszli do spoczynku. Wisz ich zaprowadził do obszernej szopy, na siano. Obok niej stały konie niemieckie. Niemca też puszczono, nie bardzo się troszcząc o niego - i szedł przy nich nocować.