Gospodarz z Samborem sami pozostali w podwórku. Chłopak chciał zacząć rozmowę, gdy stary dał mu znak, aby z nim za wrota szedł, i wywiódł go nad rzekę.
Księżyc wschodził nad lasami. Siadł stary milcząc długo. Słowiki tylko krzyczały... - Nie płacz ty i nie narzekaj - począł po cichu Wisz - nikt nie wie, gdzie go jaka dola czeka. Chcieli wziąć jednego z was, a ja bym i sam im dał... bo mi tak było potrzeba. I nie tylko mnie, ale i drugim.
- Za cóż ja idę? - nieśmiało spytał Sambor.
- Boś ty rozumniejszy od drugich - mówił stary - bo masz oczy i język, bo więcej nas kochasz niż drudzy, bo ja tobie ufam i miłuję cię. Jesteś obcy, a mam cię za syna. Posłałbym syna... oni oba ziemianie i rolniki, i myśliwce, i bartniki... a ty śpiewać lubisz, ale myśleć umiesz.
Zatrzymał się trochę, wsłuchując się w wieczorną ciszę - a potem mówił dalej, głos zniżając:
- Słuchaj, Sambor - ja ciebie nie na zgubę ślę, ale z potrzeby. Wielkie się u nas rzeczy gotują, kneziowie nas za łby chcą wziąć, postrzyc w niewolnika i Niemców z nas porobić. Z Niemcami się znoszą... Nam dojadło to... My nic nie wiemy, co oni tam robią, aż nam na szyję więzy spadną. Ty idź, patrzaj, słuchaj, nastaw uszy. Musimy wiedzieć, co się u nich dzieje. Po to ja tam ciebie ślę... Usta zamknij, oczy otwórz, posłuszny bądź... kłaniaj się nisko... a o nas nie zapominaj.