Czasem tam kto z bliżniakami przyjdzie, z pokłonem... powiecie mu, co posłyszycie.
Przyszedł czas... przyszedł czas... albo Leszka nas spętają, albo my ich wyżeniem i wydusim.
Ano - st! st!
Stary palce położył na ustach. Sambor przystąpił doń i objął za kolana.
- A! - rzekł - iść między obcych, porzucić was, ciężka to dola. Myślałem - z wami poczęło się życie i przy was skończy.
Wisz przerwał mu.
- Nie na wieczność tam idziesz - rzekł cicho - jak będzie pora, skiniemy na cię - powrócisz... Nauczysz się tam wiele, napatrzysz, dowiesz, bo cię się strzec nie będą... Na Kupałę, na Koladę do mnie ci pozwolą... a od stołba do nas nie kraj świata!
I pogłaskał go po głowie... Ale Samborowi mimo tych obietnic ciężko na sercu było.
- Mój ojcze - szeptał tęskno - co ty każesz, ja muszę. Alem ja tu tak jak wolny był, tam idę na pęta i pod grozę. U was my wszyscy dziećmi, tam wszyscy niewolnikami. Gorzki to chleb, co go w pętach jeść potrzeba.
Wisz, jakby skarg tych słuchać nie chciał, nie odpowiedział na nie.
- Patrz a ucz się - powtarzał - zapamiętaj wszystko. Nam się stamtąd wszystkim niewola gotuje, jeśli o sobie nie pomyślimy. A kto z nas wie, co się w tym wilczym dole praży i smaży? Żaden z kmieciów nie ma tam swojego. Ja tam twoje oczy posyłam za moje. Kneź - sroga bestia, ale pokłony lubi, bij mu je, zyszczesz łaski, nie będą się taić przed tobą. Piją, a po pijanemu wygadują, co u trzeźwego na myśli.