Stary szeptał coraz ciszej, kiedy niekiedy chłopaka bijąc po ramieniu... ten stał z głową zwieszoną, zachmurzony; księżyc już się był podniósł w górę i świecił w rzece odbity, gdy po długiej rozmowie się rozeszli. Sambor jak wkuty na podwórku pozostał, oparty o wrota. Psy przyszły mu się łasić do ręki, pogłaskał je. Słuchał śpiewu słowików i klekotania żab, i hukania bąka na błotach, jakby chciał sobie w pamięć wrazić tę muzykę nocną puszczy, którą nierychło znowu usłyszeć się spodziewał.
Sen go nie brał - siadł na kłodzie i przesiedział noc całą do dnia.
Już się we dworze niewiasty ruszać zaczęły, gdy parobczak poszedł obchodząc zagrodę ku tylnym wrotom, jakby się tam kogo spotkać spodziewał.
Jaga wyszła naprzód i pośpieszyła ku niemu.
- Samborze, mój miły, nie trwóż się i nie tęsknij - powrócisz. - Ale sama łzę fartuchem otarła.
Wtem przez drzwi wpółotwarte pokazała się Dziwa, która w rękach trzymając kosy, zadumana, plotła je powoli. Spojrzała na chłopaka i smutnie mu się uśmiechnęła.
- Co ty tak stoisz ponury? - rzekła powoli głosem jakimś spokojnym, a jak śpiew przeciągłym. - Co tobie? Nie wstydże ci mieć strach w sercu, a łzy w oczach? Nie każdemu dano siedzieć w chacie i spoczywać, różne losy, różne dole. Dobrej myśli bądź! Czasem ja widzę, widzę, daleko, widzę jasno, czasem ja jutro odgadnę... Nie smuć się, Sambor Złego ci się nic nie stanie.
- Szkoda mi was porzucić - rzekł chłopak - a tęskno będzie. - I nam za wami! - rzekła Jaga.
- Nam za wami! - powtórzyła Dziwa. - Ano, wy do nas wrócicie. - Kiedy? - zapytał Sambor.
Dziwa puściła z rąk włosy, oczy utopiła w ziemię, cała jej postać przybrała uroczysty wyraz, i poczęła mówić z wolna, nie patrząc na chłopca:
- Wrócicie, wrócicie, gdy nad Gopłem łuna stanie, trupy spłyną po jeziorze... Kneź stary z lasu wyjedzie, nowe przyjdzie panowanie, gdy popioły wiatr rozwieje, kiedy krucy się nasycą, kiedy bartnik zbierze pszczoły, kiedy zrąb nowy postawią nad Lednicą u jeziora. Powrócicie zdrowi, cali... z jasnym mieczem, z jasnym czołem.
Coraz ciszej mówiąc zamilkła, podniosła oczy na stojącego przed sobą Sambora i rękami obiema śląc mu pożegnanie, z uśmiechem, jakby oprzytomniała nagle, chwyciła rozpuszczone kosy, wbiegła do chaty i drzwi zatrzasnęła za sobą.