Sambor, posłuszny, już węzełek swój na drogę wiązał, skórznie ozuwał i mocno około nóg sznurował. Procę i łuk nałożył na siebie, toporek u pasa uwieszał. Smutnoż mu było. A przecież, młody, pocieszał się trochę, że na białym świecie dużo zobaczy... więcej za jeden dzień niż w zagrodzie za życie całe.
I żal mu było wszystkich, bo ku chacie spoglądał, ale oprócz starej Jagi, która mu kołacz do torby przyniosła, nie zobaczył już nikogo. Parobcy tylko na szyi mu się wieszali.
Smerdowi towarzysze, on sam i Hengo, i gospodarz stary zebrali się koło ogniska. Wszyscy jechać spieszyli, bo im się zdało, że deszcz lunie prędko, tak groźnie ciągnęły chmury, tylko Wisz spokojnie ręczył, iż się niebo rozpogodzi.
Niemiec nie zdawał się frasować wcale, że go zabierano do kneziowskiego grodu, szedł jakby po dobrej woli, choć oczy towarzyszów chciwie się na jego sakwy zwracały. Milczący Gerda więcej nadeń był strwożony i z tego nikt się słowa nie dopytał.
Śmieli się z niego wszyscy, palcami wytykając: Niemy!!!
Po dobrej chwili, najadłszy i napiwszy się, ruszyli wszyscy do koni. Sambor staremu do nóg padł, ale ten skinąwszy tylko, odprawił go sucho. Konia mu z domu nie dawano - musiał więc pieszo zdążać za drugimi.