Sambor siadł przy nim.
- Stary Słowanie - rzekł - na noc... zajdźcie do Wiszowego dworu... tam was ugoszczą radzi.
- Na noc? do Wiszowego dworu? nie moimi nogami - rzekł ślepiec - nogi stare i starte. Dybię nimi powoli... jak ślimak się wlokę... A co ujdę kawał drogi, siąść i spocząć każą nogi. A do Wisza, do starego, daleko... daleko...
- Przecie wy tam zajdziecie - mówił Sambor - a gdy u wrót staniecie, pozdrówcie ich tam od tego, co dziś ich pożegnał.
- Wy z Wiszowej zagrody? - spytał stary - a któż z wami, a wielu... czuję ludzi dokoła... Chociaż oczy nie widzą...
Wtem smerda wtrącił:
- Kneziowscy ludzie... hej! do grodu jedziemy, do stołba. I ten z nami. A wy byliście na grodzie?
- Dawniej... dawniej! - rzekł stary - teraz tam nie ma po co... Tam mieczyki śpiewają i żelazo gra... Pieśni słuchać nie ma czasu.
Westchnął. - A po co kneziowi pieśń? - zawołał smerda. - To babska rzecz.
- A wojna... wojna - jakby sam do siebie mówił ślepy Słowan - wojna, dzikich zwierząt sprawa. Póki obcy duch nie zawiał na Polany, orali ojcowie i śpiewali, i bogów chwalili w pokoju, oręża nie potrzebowali, chyba na zwierza...
Smerda się rozśmiał.
- Eh-e - rzekł - nie te to czasy!
- Nie te święte czasy, co bywały - ciągnął śpiewak ślepy - nie te czasy, gdy u nas gęśli bywało więcej niż żelaza, a śpiewu niż płaczu. Dziś ślepy gęślarz lasom pieje, a słuchać go nie ma komu. Niech się uczą lasy, jak żyli ci, co śpią po mogiłach, po kamiennych. A jak pomrą starzy, pieśń z nimi pójdzie do ziemi, synowie o sprawach ojców wiedzieć nie będą - zamilkną mogiły. Stary świat padnie w ciemności...