Mówił tak z wolna, a słowo w pieśń przechodziło nieznacznie, i nie postrzegł się, jak nucić zaczął. Ręce, chleb porzuciwszy, same po strunach biegać zaczęły, a struny skarżyć się i płakać.
- Jam może śpiewak ostatni - rzucił Słowan - mnie oczy wybrano w młodości, aby dusza w drugi świat patrzała. Jam wszystkie ziemie zwędrował, a nie widzial żadnej. Od Dunaju huczącego do Białego Morza, od Chorbatych Gór wierzchów aż do lasów u Łaby. Niosły mnie nogi, nie oczy - bez drogi; gdzie dola wiodła, gdzie się ludzi zebrała gromada. Siadałem na ziemi, stawali kotem nade mną, niewiasty plaskały w dłonie, starzy po ojcach płakali. Szedłem od uroczyska do uroczyska, od mogiły do mogiły, od zdroju do zdroju... hen, hen, aż gdzie się kończy ludzka mowa.
Zamilkł. Smerda pół słuchał, pół drzemał. Gdy ustał, odezwał się: - Śpiewaj, śpiewaku, dalej!
- O czym wam śpiewać? - mruczał jakby sam do siebie ślepiec. - Wam pieśni innej potrzeba, wy starej nie rozumiecie. O czym śpiewać? O praojcach znad Dunaju, o praojcach ze wschodu, o braci znad Łaby i Dniepru? Wy ich nie znacie. O białych i czarnych bogach, o Wisznu i Samowile?
Głos mu się zniżał, głowa trzęsła...
- Dawniej bywało inaczej! Śpiewaka witały gromady, wiodła starszyzna pod święty dąb, nad święty zdrój, na horodyszcze wiecowe, na żalniki mogilne. Starzy i młodzi stawali kołem, słuchali... miód i piwo przed ślepym stało - wianki mu kładli na skronie. Na grodzie kneź dawał mu ławę okrytą, miejsce poczesne; dziś my pastuchom śpiewamy na wygonie... o głodzie i wodzie.