ROZDZIAŁ 5
Cała też gromada do koni zraz ruszyła...
Cała też gromada do koni zraz ruszyła, bo czas było w dalszą drogę. Tuż i rzekę w bród przebywać było potrzeba, a Gerda na swojego konia wziął Sambora... Na przeciwnym brzegu widniało pólko zasiane i obrzucone zasiekiem, ale niedźwiedzie go nocą splądrowały. Las był tu przerzedzony, pnie w nim sterczały poopalane. Dalej pasło się koni stado i zbrojny człek go pilnował, z rogiem u pasa, a pałką nasiekiwaną w ręku.Znowu przejechali gaj i tu dopiero szersza pola przestrzeń przed nim się odkryła. Nie opodal już widać było jezioro wielkie, w którym się słońce zachodzące przeglądało. Nad wodami jego ptastwo unosiło się stadami, czółna stały u brzegów, inne przesuwały w dali.
Hengo i Sambor, podniósłszy oczy, ujrzeli w odległości wysoką, szarą wieżę, wyniosłą: stołb grodowy, który okolicy panował. Stał nad brzegiem samym, posępny jakiś i straszny, a dokoła pod nim cisnęły cię zręby budowli, szopy i chaty.
- To kneziów gród! - z dumą zawołał smerda, zwracając się ku Niemcowi i wskazując stołb w oddaleniu. - Przybędziemy na czas, nim się do snu zabiorą.
Towarzyszom oczy zaświeciły. Sambor ponuro spojrzał przed siebie, konie zaczęto żywiej popędzać, tak że parobczak biegiem je doganiać musiał. Niemiec spode łba rozpatrywał się bacznie.