- Ty mi przynosisz posłanie od mojego ojca? - zawołała.
- I od synów waszych, miłościwa pani - dodał powstając Niemiec.
Od synów - powtórzyła ręce załamując radośnie i podnosząc je nad głowę.
- Mów, mów mi o nich długo, wiele...
Siadła znów w krześle opierając się na dłoni, to spoglądając na Hengę, to na ogień, przy którym zioła się jakieś smażyły, a woń ich ostra izbę napełniała.
- Ojciec stary - mówił posłaniec - miłość waszą pozdrawia. On mi na znak dał ten pierścień, aby wiara dana mi była.
Zbliżył się na krok i zniżył głos nieco:
- Dochodziły tam wieści różne... ojciec miłości waszej był niespokojny... Gotów jest przybyć na pomoc z ludźmi, gdyby jakie groziło niebezpieczeństwo... Z tym mnie posyła.
Niewiasta zmarszczyła brwi, biała jej ręka podniosła się z oznaką lekceważenia.
- Kneź wam powie sam, czy mu tego potrzeba - rzekła - lecz damy rady i bez pomocy przeciw stryjom, synowcom i kmieciom... Są różne sposoby...
To mówiąc jakby mimowolnie popatrzała na ogień i zioła.
- Kmiecie od dawna się burzą, ale już ich wielu nie stało. Ubywa co dzień... Nie boim się ani ich, ani nikogo, grad mocny, ludzi dużo... a mój pan miłościwy umie ich pożyć. Mów mi o dzieciach... Widziałeś ich obu?