- Na me własne oczy - rzekł Niemiec - piękniejszych młodzianów nie ma na świecie ani lepiej robiących bronią i koniem... Wszyscy się im dziwują... Niewieście rozjaśniło się lice.

- Mogliby już do domu powracać - dodał Hengo - aby stanąć u boku miłościwego pana.

- Nie! nie! - przerwała siedząca - na to nie czas jest jeszcze. Nie chcę, aby patrzali, co tu się dziać musi, nie chcę, aby zawczasu z własną krwią do walki występowali... Przyjdzie spokój wkrótce, naówczas ich zawołamy... A! ja ich nie widziałam tak dawno - dodała - odebrano mi ich dla wojennego rzemiosła, by się go u dziada i u naszych uczyli... Tyle lat! Tyle lat... Widziałeś ich obu? - powtórzyła.

- Niejeden raz - mówił Hengo. - Choć parę lat starszy, kneź Lech jak rówieśnik obok brata wygląda. Oba silni i zdrowi... Ciskają włóczniami jak nikt... strzelają z łuków do ptasząt... najdziksze dosiadają konie.

Oczy matki błyszczały. - Piękniż są?

- Nie mogą być piękniejsi nad nich! - odpowiedział Hengo - wzrost wyniosły, twarze jasne, modre oczy, jasne włosy...

Uśmiech poigrał po ustach słuchającej, ale zarazem dwie łzy perliste zbiegły po twarzy bladej.

Cichsza zaczęła się długa rozmowa, gęsto posypały pytania...

Mrok już padał i tylko światło ognia oświecało izbę, a Niemiec stał jeszcze i nie mógł nasycić ciekawości macierzyńskiej; w ostatku go odprawiła skinieniem:

  WQYXGKM WQZVGJM WQJPBJM WJQJZZM WJQBQGM