- Jeżeli się to synowcowi dostało, a cóż będzie kmieciom naszym? - ozwał się Sambor.
Kos ramiona ścisnął.
- Będzie toż samo albo i gorzej - rzekł - jeśli w czas rozumu nie dostaną. Ze dworu słychać było stłumioną wrzawę... śmiechy i wykrzyki.
- Tam się to kneź weseli - mówił pachołek - bo tak się zawsze u niego zaczyna, póki do zwady i do nożów nie przyjdzie przy biesiedzie... I dziś trudno, by się skończyło inaczej... Wprzódy tylko da sobie im podchmielić, bo po pijanemu łatwiejsza sprawa... Kmieci tak po kilkunastu ściągają na gród, łaskawie przyjmują, a mało kto wyjdzie cały... Po trochu ich wytrzebi, reszta cicho siedzieć musi. Popatrzał ciekawie na Sambora.
- Cóż wasi na to? - zapytał.
- Ja nie wiem - rzekł ostrożnie przybylec - pewno by radzi co robić, a nie mogą albo może czekają...
- Baby oni są! - zawołał Kos.
- Gród mocny - odezwał się przybyły.
- Mocny - rzekł Kos - ale i kamienie się walą... Jak postoi, mocniejszy będzie, bo mu ludzkie czaszki za podwaliny staną...
- Drużyna liczna... Pachołek się uśmiechnął.
- Gromady liczniejsze od niej po mirach - rzekł cicho - gdyby rozum miały... u nas tu po niemiecku wszystko... Kneziowa, miłościwa pani, Niemkini rodem, Niemiec się też plącze niejeden. Młodsze żony i nałożnice także zza Łaby... I obyczaj załabiański, bo kneź swobody mirów i gromad znać nie chce... ani o wiecach słyszeć... Dziewki niemieckie prawią, że go słyszały mówiącego, jak sam sobie nie da rady, to Niemców sprowadzi.