Gdy ucichło wreszcie, kneź plasnął w szerokie dłonie. Na ten znak smerda skinąwszy na czeladź rzucił się z nią razem w podwórze.
- Do jeziora z tym ścierwem - krzyknął kneź - oczyścić podwórze!... precz z tym plugastwem, precz z tym gnojem!
Mówiąc to dopijał miodu z kubka, który postawił na ławie, i siadł na niej sam, ociężały.
Chociaż księżyc świecił jasno, zapalono smolne łuczywa i pan miłościwy mógł z podniesienia przypatrzyć się towarzyszom swej biesiady, dogorywającym od mordu i miodu.
Kilku na pół żywych stało opartych o słupy krwią brocząc ziemię, dysząc jeszcze zajadłością, z jaką walczyli z sobą, nogami depcąc trupy. Na ziemi we krwi dogorywali rzucając się inni.
U stóp wschodów leżał starzec z włosem białym, krwią oblanym, konał i przeklinał:
- Bodajeś sczezł marnie, ty Chwoście przeklęty, ty... i krew twoja, i potomstwo, i ród, i imię... Bodajeś zginął i przepadł skroś ziemi!...
Kneź śmiał się i temu klątwami wyzywającemu duchy.
Przez wrota od drugiego podwórza widać było wyglądające ciekawie głowy niewieście, przestraszonymi oczyma wpatrujące się w rzeź straszną.
Czeladź tymczasem ze smerdą na czele zawijała się około oczyszczenia podwórza z trupów, odzierali ich prędko z sukni, obrywali miecze i nożów pochwy, obnażali z obuwia... potem odarte ciała nieśli na wały i z nich rzucali w jezioro nie patrząc, choć w nich były życia reszty. Słychać je było spadające w wodę z pluskiem i śmiechy towarzyszące za każdą razą temu pogrzebowi... bo czeladź bawiła się tym ciskaniem do jeziora... Kruki z wieży zerwawszy się poleciały nad wodę i zaczęły krążyć nad nią podniósłszy krzyk i wrzawę.