Śmiał się znowu.
- Napijże się i ty miodu, mordo ruda! - wrzasnął nagle.
Hengo się nisko kłaniał dziękując, ale nie pomogło nic... pacholę mu ogromny kubek przyniosło, a gdy się od niego wzdragał, kneź gwałtem mu do gardła lać kazał. Chwyciło go dwu i śmiejąc się chłopiec nalał w otwartą palcami gębę. Podziękowawszy za to poczęstowanie już chciał odchodzić, bo się lękał o własną głowę, gdy kneź na ławie usiadłszy pozwał go ku sobie. Musiał iść pod stopnie i stanąć przy nich...
- Coś widział, powiedz staremu grafowi... - począł półsenny - jakem zagaił, tak dokończę... nie ujdą mi te harde głowy... a dla synów zostawię spokój w domu... Nadto kmiecie bujali... trzeba ich okiełznać było... Powiedz, że się ich nie boję, że się bez pomocy obejdę, żem żmij tych i padalców wydusił już dosyć i do reszty ich wymorduję...
Jakby coś sobie przypomniał, ręką skinął, aby się Hengo zbliżył doń jeszcze. Zwiesił głowę z ławy poręcza ku niemu.
- Widziałeś moich chłopców? Porośli?... - począł, nie dając mu czasu na odpowiedź - muszą być już spore?... a silne? Czy się w matkę urodą udali, czy w ojca? Nie zgnuśnieją tam oni? Czy chodzili już na wyprawę?
Hengo szeptał odpowiedź zastosowaną do żądań miłościwego pana, którego się lękał, ale kneź drzemał, oczy mu się zamykały... Mówił jakby do siebie: