Hengo, czując już miód w głowie, powlókł się przelękły, trzymając ściany, do swoich koni i tam legł na słomie półżywy.

W dziedzińcu pogasły światła, księżyc tylko oświecał czarne krwi kałuże i jęczących jeszcze u podsienia rannych kilku, z których krew też płynęła, ale miodem upojeni nie czuli, jak im życie uciekało. Czeladź i dwornia śmiejąc się pokazywała ich palcami.

- Tak im wszystkim będzie... kmieciom i żupanom, i władykom... co się kneziowi opierają.

Dano im konać powoli. Smerda obchodził wszystkie kąty podwórza, reszta dworni do snu opóźnionego się wlokła. Cisza po wrzawie biesiadnej zapanowała na grodzie, tylko psy wyły, poczuwszy krew i trupy, a krucy krakając to leciały na jezioro, to wracały na wieżę, gdzie miały gniazda swoje.

Rano, gdy się Hengo zbudził, dzień już był biały, stał nad nim Gerda i za suknię go ciągnął gwałtownie, bo Niemca do knezia wołano. Gdy obmywszy się pośpieszył doń, zastał go samego, siedzącego w izbie na dole; przed nim na misie pieczone mięso, w kubkach piwo i miód na stole. Twarz miał chmurną, oczy krwią naciekłe, długo patrzał na Niemca, nim usta otworzył.

- Wiem, z czym cię tu posłano - odezwał się dumnie - powiedz im od mnie, że dziękuję... Pomocy ich ja potrzebować nie będę, a gdyby do tego przyszło, zawołam... Wolę się obejść bez nich, bo darmo nie pójdą i gębę im zatkać niełatwo... Ja ich znam... Wracaj rychło, oddaj pokłon... niech chłopców wojować uczą, niech rosną... wrócą, gdy nakażę, teraz nie pora... Ja tu jeszcze czyścić muszę, a nierychło robactwa się zbędę... Stary graf niech będzie spokojny - dodał - choć lud dziki, do swobody nawykły, ja mu ją ukrócić potrafię.

  WQKPPXM WQJXKBM WQZZPGM WJQKKYM WQPVBYM