Hengo pośpiesznie przywiązywał do koni resztki swego towaru i mienia, aby co prędzej z grodu wyruszyć. On i Gerda, więcej jeszcze od ojca wystraszony, śpieszyli, by przed południem znaleźć się za wałami.
Tu się z nimi zetknął czekający na nich Sambor. Smutny i zakłopotany do Niemca się zbliżył. Obejrzał się naprzód, czy ich kto z czeladzi nie podsłuchuje.
- Człowiecze dobry - rzekł - bo mi się zda, że złym nie jesteś... czy wracasz koło Wiszowego dworu?
Nie śmiejąc czy nie chcąc mówić Hengo skinieniem głowy potwierdził ten domysł.
- Zanieście tam pokłon ode mnie - dodał. - Tęskno mi za nimi, choć tu nam zabawy nie braknie i dobrze na zamku u knezia... czego chcieć... śmiechu dosyć! Powiedzcie im jeno, coście widzieli i jak my tu ucztujemy!... Będą się radowali, że mnie tu oddali. Uciekłbym może nazad i ani mur, ani woda, ani kłoda by mnie nie wstrzymała, gdyby nie to, że tu tak wesoło... Powiedzcie - powtórzył - coście widzieli.
Hengo to na niego spozierał, to na zamek i wieżę, to na swoje konie, którym sakwy poprawiał, pilno mu się wyrwać było, a głosu się własnego obawiał, kiwnął więc tylko głową w milczeniu.
- Powiedzcie tam - dodał Sambor - że wczoraj dużo kmieci ubyło... i jak im piękny pogrzeb sprawili... Obiecują nam, że tak ochoczo będzie co dnia... W lochu pod wieżą, nie licząc bratanka z wyłupionymi oczyma, jest też kmieci kilkoro... na innych powoli kolej przyjdzie...