- Co? U ognia siedzą, zwierzynę pieką i popijają miodem, a na kogoś sobie czekają.
Chwostek zadrżał.
- Ilu tam ich? - zawołał popędliwie - ilu?
- Ja bo liczyć nie umiem - odezwała się baba - a kopa ich może być... Ostatnie słowa wymówiła po cichu. Smerda się obejrzał licząc swych ludzi; tych i pół kopy nie było.
Z obawy czarów Chwostek się nie śmiał zbliżyć do wiedźmy.
- Pytaj jej, niech gada, co wie! - zakrzyczał na smerdę - a nie, postronek na szyję i na gałąź jędzę...
Choć twarzy staruchy widać nie było, ręce jej się trząść tak zaczęły, jakby to rozkazanie usłyszała.
Smerda przysunął się do niej.
- Mów, co wiesz! - krzyknął.
- Wszystkom wam powiedziała - odezwała się Jaruha - toć gdyby nie ja, jechalibyście na Głubie i wpadlibyście w ich ręce. Siedzą tam już trzy dni, jest ich dużo. Są zbrojni, a milczą tak, że ich o trzy kroki nie słychać...
- Gdzie siedzą? - zapytał kneź.
- Na Głubiem, u błotka, gdzie olchy rosną - szepnęła stara - na prawym brzegu ogień się pali...
- A czaty mają? - rzucił kneź.
- Mnie chłopcy chcieli złapać, ale się nie ważyli - szeptała stara - na staje od obozu chodzi ich kilku...
Rozmowa ta jeszcze trwała i wahanie, co poczynać, gdy po gęstwinie coś zaszeleściało dokoła, a ludzie drgnęli na koniach i za oszczepy chwycili. Jaruha, przestraszona, z kłody się zsunęła na ziemię. W tył za siebie obejrzawszy się kneź zobaczył między drzewami przemykających się ludzi i konia targnął. Smerda skoczył na swojego. Na prawo i lewo coś łamało gałęzie. Zmiarkowali łatwo, że ich opasywano. Chwostowi twarz poczerwieniała i pobladła; zrazu, co poczynać, nie wiedział sam.