Wtem huknęło na prawo i na lewo; kupka ludzi kneziowskich rzuciła się ku panu otaczając go, ze wszech stron w krzakach ukazywały się głowy, ręce i oszczepy. Ucieczka zdawała się niepodobieństwem; z tyłu odcięta była droga. Nim pociski latać poczęły, wrzawa je poprzedziła. Las się nią rozlegał, wtórował jej i powiększał jeszcze.

Powracać nie było podobna za siebie, smerda popatrzał i zdało mu się, że na przedzie wolne było przejście, dał znak kneziowi i ludziom i sam pierwszy rzucił się w tę stronę.

Ledwie się ruszyli, gdy pociski zawarczały, strzały zaświstały w powietrzu. W kołpaku Chwostka utkwiło ich kilka. Smerda miał rękę przetrąconą, ludzi było wielu poranionych, lecz z pośpiechem popędzili w las, a choć tu za nimi szła pogoń naciskając, pociski im tyle szkodzić nie mogły. Przodem im jeszcze nie zajęto drogi. Smerda z czeladzią ścisnęli między siebie knezia, który głowę i ciało przychylił i na szyi konia się położył - siekli niemiłosiernie szkapy swe, aby napastników wyprzedzić. Z tyłu, na prawo i lewo, gęsto ich głowy przezierały z gęstwiny.

Szczęściem dla uciekających przerzedzony las dozwalał im się prędzej posuwać niż pogoni, która gęstwiną się przedzierała.

Strzały polatywały jeszcze, ludzie gonili, ale orszak Chwostka zyskiwał coraz i wyprzedzał. Zasadzka została wkrótce za nimi i krzyk tylko pogoni słychać było. Smerda i kneź doskonale las swój znali, dobiegli tak do łąki. Wierny sługa do Chwostka się zbliżył i począł mu coś szeptać żywo do ucha, wpadł potem w gromadę i dał jej rozkazy.

  WJZGXVM WJQBJQM WQBPBGM WQYKJYM WQVVPXM