- Kto wy kolwiek jesteście - rzekł - jak skoro w imię starego obyczaju o gościnę prosicie, chodźcie. Wiecie to, że u nas się jej i wrogowi nie odmawia..
- Myśmy nie wrogi! - zawołał smerda - a skądże byśmy nimi być mogli? Stary skinął w milczeniu, ukazując na drzwi dworu. Wrócił tedy smerda po knezia, który z obawy, aby poznanym nie był, kołpak swój odarł, suknię poszarpywał z naszywania, miecz schował pod odzież i oczy włosami zapuścił. Tak zmieniony a cały drżący wszedł Chwostek do dworu. Piastun go na ławie sadził i chleb przed nim położono.
Gospodyni zaś wnet się zabrała do podania piwa i strawy, na jaką stał dzień powszedni.
Ażeby knezia nie zdradzić, smerda na skinienie jego siąść też przy nim musiał na ławie. Nie mówiąc prawie słowa, coś tylko pomruczawszy Chwostek siadł i ręką od ognia twarz sobie zakrywał. Piastun parę razy nań popatrzał, popróbował zagadnąć, otrzymał odpowiedź od smerdy i nie badał więcej.
Należało to do praw gościnności, aby z obcego człowieka więcej nie dobywać nad to, co on sam chciał dobrowolnie powiedzieć.
Zgłodzeni goście poczęli jeść w milczeniu. Ośmielił ich nareszcie spokój dworu, cisza w okolicy, łagodna twarz gospodarza i jego niewiasty. Chłopak kilkoletni z dala stał, a ciekawymi oczyma przypatrywał się przybyłym.